świadectwa
Pokaż świadectwa: Ania | Grześ | Mariusz
PAN pomaga mi w niemal namacalny sposób. Jest realny! Jest żywy i obecny! Jest praktyczny! Troszczy się nawet o szczegóły! Zmienił moje życie. Jestem innym człowiekiem. ON ŻYJE! Dał mi NOWE ŻYCIE!
W moim życiu nie ma już płaczu! Nie ma bezsilności! Nie ma rozpaczy! Nie ma depresji! JESTEM SZCZĘŚLIWA! Zaufałam MU! Złe dni odeszły na zawsze! Jestem szczęśliwa! Dał mi odwagę. Dał mi uśmiech, nadzieję. Dał pewność dobrego jutra i bezpiecznej przyszłości.
Podczas jednego z niedzielnych kazań usłyszałam takie słowa:
"Gdy Jezus przychodzi do twojego życia, nie zaczyna od posadzenia kwiatków, aby upiększyć twoje otoczenie. On wcześniej zburzy to, co wybudowałeś, aby na tym miejscu wznieść piękną i stabilną budowlę."
Gdy przyszedł do mojego życia, całe było ruiną. Teraz BUDUJE :)
Dziękuję MU za to i wywyższam GO.
Ania
Po pierwsze zacznę od tego że tak naprawdę trudno jest oddać słowami to, co Pan Jezus uczynił w moim życiu.
Po drugie wiem że każdy z nas szuka podświadomie, czy świadomie odpowiedzi na pytania typu "po co przyszedłem na świat, dokąd zmierzam, co będzie po śmierci" ect.
Targają nami emocje, życiowe problemy, troski...
Mam nadzieję że moje świadectwo pomoże wam uzyskać odpowiedzi na powyższe pytania.
Ja byłem dokładnie typem takiego rozchwianego człowieka.
I jeszcze gorszym. Wychowałem się w rodzinie w której Bóg był zakazany.
Dorastałem w przekonaniu, że Boga nie ma, człowiek powstał od małpy, a po śmierci jest... nic, pustka, niebyt. Ciekawa perspektywa, prawda.
Kiedy miałem naście lat nie myślałem o przyszłości, żyłem chwilą, ot zwykły lekkoduch.
Muzyka, impreza i inne uciechy świata.
Poznałem obecną żonę, pobraliśmy się, urodził mi się syn.
I od tego momentu moje życie i nastawienie do niego zaczęło się zmieniać.
Pierwszy zwrot nastąpił wtedy, kiedy mój syn ciężko zachorował. Potrzebna była hospitalizacja. Jednocześnie zapalenie uszu, płuc i krtani. Zapaść dziecka. Rozpacz i obawa o jego życie.
Dopiero co otrzymałem coś najcenniejszego i nagle mogę to stracić. A co gorsza nie mogłem nic zrobić. Wiem że wtedy cichutko prosiłem Boga o to by pozwolił mu żyć. Ja hardy ateista nagle zacząłem prosić Boga...
To był pierwszy zwrot.
Teraz drugi.
Jestem wokalistą. Jest to moja profesja. Często pracuję głosem, czy to śpiewając czy mówiąc.
Kiedyś miałem epizod związany z jednym z zespołów grających na zabawach. Byłem dumny ze swego głosu, dobrze podrabiałem kawałki innych wykonawców po prostu super. Dziewczyny mnie uwielbiały. Byłem bardzo pysznym człowiekiem. Nagle zacząłem często chorować na krtań. Szprycowałem się różnymi medykamentami, zastrzykami ect. aż w konsekwencji wylądowałem w klinice w Lublinie i usłyszałem że muszę być operowany ponieważ na tzw. strunach głosowych zrobiła mi się cysta. Mój świat w którym byłem idolem wiejskich zabaw się zawalił. Operacja się powiodła, ja wpadłem w depresję myśląc ciągle o raku a profesor, który mnie operował powiedział że już nie powinienem w zasadzie śpiewać. Wszystko na raz. Koledzy z zespołu mnie pocieszali, ba nawet w dwa miesiące po operacji pojechałem do studia. Robiłem wszystko, żeby udowodnić że mój głos jest taki sam, że daję radę zaśpiewać tak samo wysoko. Wróciłem nawet na zabawy. Znowu byłem idolem. Zacząłem pić alkohol, zacząłem zdradzać moją żonę. Wtedy doszło do mnie że jeżeli nie zrezygnuję ze śpiewania po zabawach zapłacę wysoką cenę, że moje małżeństwo się rozpadnie.
Ograniczyłem się tylko do śpiewania z zespołem rockowym.
Przełom w nastąpił, kiedy pojechałem z zespołem do studia.
Wówczas jak nigdy dotąd miałem głód poznania prawdy w moim sercu, właśnie wtedy zacząłem szukać odpowiedzi na pytania, które pojawiają się na początku mojego świadectwa. Szukałem w buddyźmie, nie jadłem mięsa jakieś 5 lat, czytałem różne rzeczy.
Jednak nic nie dawało mi odpowiedzi. Po pewnym czasie spotkałem ludzi, muzyków, którzy powiedzieli mi o Jezusie Chrystusie. Powiedzieli o tym że żadne moje uczynki nie doprowadzą mnie do zbawienia. Powiedzieli mi o Bożej łasce. O tym że Bóg mnie kocha, że Pan Jezus za moje grzechy dał się dobrowolnie przybić do krzyża. I że żyje. Mówili o Jego miłości. Coś we mnie pękło. Zacząłem czytać ewangelię, z której starłem kurz a którą dał mi jakieś 10 lat wcześniej kolega ze szkoły. Piłem słowo Boga jak gąbka pije wodę.
Zacząłem rozumieć że Bóg stworzył człowieka by mieć w nim przyjaciela. By Bóg cieszył się ze stworzenia a człowiek ze Stwórcy. I był wdzięczny.
I aby człowiek miał właśnie oparcie i relację ze stwórcą.
Żeby rozumiał że wszystko zawdzięcza Bogu a nie sobie.
Kiedyś po koncercie, kiedy byłem sam w pokoju hotelowym, upadłem na kolana zacząłem płakać jak dziecko, i przepraszałem. Zacząłem pokutować przed Bogiem za każdy grzech, którego dopuściłem się w moim życiu. Za ten, który pamiętałem i za ten, który znał tylko Bóg. I prosiłem Pana Jezusa żeby został moim Panem. Żeby uczynił z moim życiem co zechce. I wówczas doznałem czegoś czego nie można inaczej opisać jak dotyk Boga. Kiedy nagle czujesz, że tony brudu z ciebie spadają i stajesz się tak lekki, jak byś leciał nad ziemią. Wiedziałem że to On, Jezus z Nazaretu, Syn Człowieczy, który przyszedł ocalić świat wejrzał w moje serce, usłyszał mój rozpaczliwy krzyk i przyszedł, ochrzcił swoim Duchem Świętym. Uratował mnie.
To był najcudowniejszy moment w moim całym dotychczasowym życiu. Nic, ale to nic nie może równać się z Jego miłością.
To zdarzyło się jakieś 10 lat temu.
Wtedy dowiedziałem się że On, Jezus z Nazaretu, Chrystus Boga Najwyższego jest prawdą, drogą i życiem.
Przestałem bać się śmierci, bo już nade mną nie panuje.
On stał się moim fundamentem, opiekunem, obrońcą, pocieszycielem, radością, błogosławieństwem, odpoczynkiem i uzdrowieniem.
On jest wszystkim!
Dzięki ci Jezu.
Mariusz
Jestem w Panu od kilku lat, bardzo wiele Mu zawdzięczam. Dziś chciałbym podzielić się tym, co ostatnio dla mnie zrobił. Mam 22 lata i pomyślałem, że najwyższy czas na zrobienie prawa jazdy. Po skończeniu kursu i wyjeżdżeniu odpowiedniej liczby godzin jazdy zapisałem się na egzamin. Teorie dzięki Jezusowi zdałem bezbłędnie, nadszedł czas na praktykę. Nasłuchałem się opinii, że to formalność i pomyślałem, że sam mogę to zrobić i nie wspierać się na Jezusie(czytaj LUDZKA PYCHA). Nie zdałem.
Wpłaciłem kolejne pieniądze i czekałem na egzamin. Tym razem pamiętałem o Ojcu, ale nadal to ja chciałem odebrać chwałę, pomodliłem się i powiedziałem sobie: jakoś to będzie przecież się pomodliłem On musi mi pomóc (BŁĄD). Nie zdałem i to z tak głupiego powodu że wstyd pisać. Znów wpłaciłem pieniądze, ale tym razem już nie chciałem popełnić tego samego błędu. Ukorzyłem się przed Nim, oczyściłem z grzechu jak tylko mogłem, i odrzuciłem możliwość "Samodzielnego" zdania egzaminu. Wiedziałem, że jeśli pójdę tam sam to znów ten Goliat mnie pokona. Znów będę zły na cały świat i będę kolejny raz płacił pieniądze. Dodatkowo poprosiłem o duchowe wsparcie kościoła (czytaj KONKRETNA MODLITWA). W trakcie egzaminu nieustannie się modliłem i wiedziałem, że tuż za mną siedzi TATUŚ który słyszy. Zdałem, radość była olbrzynia. Nie dołożyłem do tego cudu nawet odrobiny swoich ludzkich możliwości. Całą robotę wykonał Jezus Chrystus. Jemu należą się cała chwała i cześć. Amen!
Grześ














